Andrzej Mycielski "Chwile czasu minionego" Kraków: Wydawnictwo Literackie 1976 font>
P rzeczytałam niedawno ciekawe wypomnienia byłego właściciela Łuczanowic Hrabiego Andrzeja Mycielskiego. Książka jest trudno dostępna - postaram się tu streścić najciekawsze informacje o Łuczanowicach.
W czasach dzieciństwa autora wsie takie jak Łuczanowice, Ruszcza, Branice, Kościelniki miały specyficzny koloryt. Nie tylko dlatego, że były drewniane i kryte szczechą - takie były wszystkie wsie w Polsce - istotny był tu kolor ścian, nie biały lecz w tonacji jasnego błękitu.
Ten kolor w zestawieniu ze złotymi słonecznikami i szafirowym niebem był dla
ówczesnych pejzażystów malarską rewelacją. Był on "Bajecznie kolorowy"
Podobnie kolorowe były stroje.
Chłop np. w Boże Ciało szedł do kościoła w sukmanie i czapce z pawim piórem jak klasyczny kosynier kościuszkowski. W zwykłą niedzielę udawał się tam w kierezji granatowej ozdobionej szerokim pasem skórzanym kunsztownie nieraz nabijanym. Wreszcie w dnie powszednie nosił on nie tandetę miejską jak łyczek z Krowodrzy, której się jeszcze wstydził, ale czarne spodnie, buty z cholewami, okrągły kapelusz słomkowy i czerwony lub niebieski kaftan sukmienny ze złotymi guzikami.
Baby i dziewczęta były oczywiście jeszcze strojniejsze i miały nieraz istotne skarby w swoich
komorach.Kroczyły dumnie przy święcie w brokatowych gorsetach, szumiały dumnie spódnicami i wstążkami w kwiaty, zdobiły szyje olbrzymimi, po prababkach odziedziczonymi koralami
Osobliwością były majątki starych zakonów średniowiecznych, które szczęśliwie uniknęły kasaty józefińskiej.
W okolicy był folwark opactwa cystersów w Mogile - określany w rejestrze katastralnym jako
"winnica" - resztka wielkiego ciągnącego się po Sandomierz latyfundium.
Swoje pola i gospodarstwo miał klasztor benedyktynek w Staniątkach.Lubocza należała do sióstr Norbertanek.
W okolicy często bywali artyści tzw. Młodej Polski. Symbolem owej zażyłości w naszej okolicy był słynny szyld karczmy "Pod Buciorami" w Bieńczycach, namalowany kiedyś, zdaje się , przez pijącego w owej karczmie razem z Rydlem Tetmajera. Zaraz za krzyżem i miejscem gdzie "powiatówka" się kończyła, a szosa w kierunku Krakowa się zaczynała, stał ów zajazd po prawej stronie. Nad wejściem na sporej desce widać było jak na dłoni owe buciory z czarnymi cholewami w harmonijkę"
Łuczanowice kupił ojciec Andrzeja wraz z bratem za 200 000 reńskich. Nabył wtedy 4 folwarki : Łuczanowice, Dojazdów, Kocmyrzów i Głęboka. Obejmowały one obszar 600 hektarów roli i łąk oraz las stumorgowy i gorzelnie.
Po ślubie w 1896 z posagu spłacił brata i stał się właścicielem całości majątku.

Na początku XX wieku ojciec Andrzeja sprzedał Głęboką i założył za otrzymane pieniądze
"Parową Mleczarnię Dóbr Łuczanowickich". Otwarta została w 1905 roku wraz z siecią lokali
gastronomicznych będących prototypem dzisiejszych barów mlecznych.
Na flaszkach z mlekiem i śmietaną oraz kostkach masła było skrzydło przebite strzałą- herb Mycielskich.
Majątkiem administrował rządca mieszkający w małym dworku w Dojazdowie, podlegali mu folwarczni karbowi, leśny i gorzelani.
Na czele mleczarni w Krakowie stał dyrektor podlegający bezpośrednio właścicielowi i kierował
odpowiednim personelem.
Dwór obejmował budynki mieszkalne, ogród stajnię cugową, pomieszczenia dla drobiu itp.
Na parterze w nowym domu znajdował się obszerny hall, kaplica, oranżeria, pokój służbowy,
piwniczka wysypana piaskiem z dobrym winem francuskim i duże pomieszczenie zwane "hajc" Stał tam piec koksowy "hajcujący" wodę do kaloryferów, kuchni i łazienek, pompowaną do baku
ręcznie.Z hallu dużymi schodami szło się na pierwsze piętro gdzie po prawej stronie znajdowały się dwa salony (duży i mały), pokój gościnny i weranda, po lewej stronie jadalnia z wielkim
oknem.Była tam sypialnia właścicieli, dwa pokoje dla bony i dzieci oraz kancelaria właściciela z
drugą łazienką." W starym domu, połączonym schodami z nowym, znajdował się tzw. kredens, kuchnia, spiżarnia, pralnia, pokój gościnny, garaż i dwie służbówki. Mieszkał tam również nasz domowy nauczyciel oraz na pięterku w mansardce - ogrodnik z rodziną"
Do pałacu przynależał spory park w stylu angielskim, pełen karłowatych krzewów oraz kęp
modrzewi i niebieskich świerków rozrzuconych po gazonie, a także ogród owocowo-jarzynowy ze szparagarnią, inspektami itp.
W rozdziale zatytułowanym Arianie autor pisze:
W Liber beneficiorum czytamy już o Ł uczanowicach, własności chyba ongiś jakiejś Łucji czy Łucjana, gdyż Długosz nazywa je Łucjanowica m i. Od XVI wieku przez z górą lat dwieście należą one do Żeleńskich z Żelanki — herbu Ciołek — jak o tym jeszcze dzisiaj
świadczą dwie pamiątki zabytkowe. Jedna z nich to kopiec ariański, górujący na niewielkim
wzniesieniu ponad Łuczanowicami. Druga — dawny zbór ariański w obrębie samej wsi.
Określenie „ariański'', mimo że powszechnie i od dawien dawna przez ludność miejscową
używane, budzić może w pierwszej chwili zrozumiałe wątpliwości, nasuwać podejrzenie,
iż owa ludność wszystkie obiekty pozostałe po innowiercach określała mylnie mianem
„ariańskich".Otóż, ażeby wiedzieć, jak zawiła sprawa słowa "ariański," wygląda istotnie, trzeba przede wszystkim wgłębić sią nieco w historię rodu Żeleńskich. Dopiero ona wskazuje na to, że "wieść gminna" miała swoje racje i że lud W jakimś sensie miał prawo nazywać swych dziedziców arianami. Mogli oni za takowych uchodzić faktycznie w XVI w., w chwili poprzedzającej moment wypędzenia tzw. arian z Polski. Wówczas to Żeleńscy zyskali
opinię zagorzałych sympatyków braci polskich i antytrynitarzy. Nie mieli oni wprawdzie
nic wspólnego z Ariuszem (za co niesłusznie mimo ich za protestów), lecz byli
związani z Socynem. Słuchali wykładów słynnych mistrzów znakomitej akademii w Rakowie i
zgodnie z hasłami tam głoszonymi zwalczali dogmat Trójcy Świętej. Byli niejednokrotnie
prześladowani, a w następstwie heretyckich wypowiedzi nawet karnie usuwani z zagranicznych
uczelni.Po wypędzeniu braci polskich stali się Żeleńscy definitywnie (a równocześnie w pewnym
sensie z konieczności) wyznawcami "wiary helweckiej", czyli kalwinizmu, ale mimo to byli zaledwie tolerowani.
Życie tej rodziny to nieustanne szamotanie się, pełne nieraz dramatycznej udręki. Cóż z tego, że Stanisław Żeleńscy rozpoczyna w Łuczanowicach budowę murowanego domu modlitwy, kiedy w r. 1626 podburzony motłoch Krakowa stara się przerwać mu to dzieło. Są to, jak notuje, Wojciech Węgierski kronikarz zboru krakowskiego, "studenci swawolni z hultajstwem zmieszani", którzy podpalają złośliwie potrzebne przy budowle deski. W dziesięć lat później mimo wszystko kaplica jest czynna. Odbywa się w niej zjazd koniesji augsburskiej i deputowanych zboru krakowskiego, przypieczętowany uroczystym. Ale niestety, to właśnie przyśpiesza kontrakcję biskupów krakowskich, prowadzoną przy użyciu odpowiednio dobranych wysłanników. Ci zaopatrzeni w hałaśliwe kołatki, blokują zbór w czasie nabożeństw i utrudniają wiernym modły.
Wreszcie przyszedł nieuchronny finał, chwila dla Żeleńskich najtragiczniejsza. Wyrokiem trybunalskim z r. 1687 zbór Łuczanowicki został na zawsze zamknięty i definitywnie zniesiony.
Jakie były dalsze jego losy?
Otóż przez sto lat stała kaplica nieczynna, ale znajdujące się pod nią sklepione podziemie było nadal rodzinnym grobowcem Żeleńskich. Tam spoczywały w trumnach ich zwłoki: spoczywały długo, bo aż do r. 1787. Rok ów stanowi tu ważną datę, bo wtedy to właśnie Marcjan Żeleński dotychczasowy grobowiec definitywnie opróżnił, przenosząc znajdujące się w nim trumny do nowo założonych przezeń grobów na kopcu ariańskim.
O tym, jak wyglądają one kilkadziesiąt lat zaledwie później, dowiadujemy się od Józefa Łepkowskiego, z opisu w "Przeglądzie Zabytków Przeszłości w Okolicach Krakowa" z r. 1861.
"Na polach łuczanowickich spostrzeżesz kępkę rosłych i której nawet ścieżki przez łany zbożowe nie najdziesz. Wśród tego miłego gaiku, gdzie grobową ciszę przerywa tylko poważny szum starych ogromnych lip, akacji i wierzb płaczących, sterczy znacznej wielkości usypana na ziemi mogiła. Na niej, na mchem obrosłej czworobocznej kamiennej, stopniami wznoszącej się podstawie, stoi piramida czworoboczna z ciosów z urną na szczycie . Do wnętrza mogiły przez zastawiony u podstawy pomnika otwór wpuściłem zapalaną świecę
i ujrzałem sklep, a w nim ustawione rzędem marmurowe i drewniane trumny.
Na podstawie owej piramidy z jednej strony napis.:
D. O. M. Avorus Manibus Pietas
artinus ~Vitelius de Zelanka
Żeleński
V. S. S. C.
MDCCLXXXVII
Z trzeciej znikły ślady napisu, z czwartej herb: Ciołek.
Stąd nader miły rozsuwa się krajobraz, ku południowi rysują się Tatry, a na ich tle piękne okolice brzegów Wisły. Ku zachodowi mogiła Wandy, Kraków, Bielany i Góra Św. Bronisławy wyglądają zza wąskim pasem ciągnących się lasków. Ku północy i wschodowi ciemne tło borów i rozrzucone chaty wsi Łuczanowice zakańczają widnokrąg".
"
Osobiste moje wspomnienia, jako dziecka siedmioletniego wiążą się. z momentem znacznie późniejszym — moment budowy nowego, już murowanego dworu. Wówczas to Tadeusz Stryjeński, stawiając dla mych rodziców projektowany przez się pałacyk, połączył go od frontu, pod kątem prostym, jednym skrzydłem ze starym dworem włączając równocześnie na drugim skrzydle starą kaplicę w obręb nowego budynku.Początkowo stała ona pusta i bezużyteczna być przekształcona w przyszłości na salę bilardową - ale jakoś do tego nie doszło.
Po pierwszej wojnie losy zboru ustaliły się ostatecznie. Za zezwoleniem księcia biskupa Sapiehy stał się on świątynią rzymskokatolicką, charakteru pól publicznego, obsługiwaną regularnie w każde święto przez duchowieństwo parafii.
Przy ołtarzu wisiał Chrystus bardzo piękny z drzewa lipowego, dzieło nieznanego, ale dużej klasy rzeźbiarza miejscowego.Figurę przeniesiono tu z kopca, gdzie spadła z krzyża i butwiała na ziemi. Uderzał brak korony cierniowej na głowie Ukrzyżowanego, charakterystyczny podobno dla ikonografii ariańskiej.
(Po drugiej wojnie krucyfiks został przeniesiony do Ruszczy i znajduje się nad głównym wejściem kościoła parafialnego - dorobiono mu koronę cierniową).
Co się tyczy samych grobowców, to w latach trzydziestych były one hipotecznie moją własnością: w ostatnim jednak roku przed II wojną przekazałem je w drodze darowizny gminie augsbursko--luterańskiej w Krakowie.Pertraktacje poprzedzające ów akt prowadził jeden z najwybitniejszych przedstawicieli tej gminy, a zarazem starego mieszczaństwa krakowskiego dr Grosse, właściciel słynnego, sąsiadującego z Hawełka handlu win na Rynku."
Jadwiga Jurczyk-Motyl
|